|
Strona 1 z 5 Parę lat temu, kiedy mała amerykańska firma Line 6 wprowadzała na rynek
wtyczkę do Pro Tools symulującą wzmacniacze, czyli Amp Farm, dostałem
od rodziców wymarzony zestaw w postaci pierwszej w życiu gitary
elektrycznej Mayones i przesteru Supra Distortion (który wbrew nazwie
dawał raczej lekki overdrive i dużo szumu). Podłączałem to wszystko pod
malutki odsłuch klawiszowy Yamaha MS202, który praktycznie niemal
natychmiast w ten sposób zarżnąłem kalecząc niemiłosiernie Master of
Puppets.
Tomek "Didejek" Sławiński
Na szczęście niedługo później doczekałem się “normalnego” wzmacniacza
tranzystorowego, którego przester jednak również mnie nie zachwycał –
to nadal nie było brzmienie Metalliki, o którym wówczas marzyłem.
Koledzy bardziej zorientowani w sprzęcie gitarowym pokazali mi wtedy
kultowy efekt - Metalzone i zrozumiałem, że to właśnie tego
potrzebowałem – wycięty środek, podbita góra, dół i “mocny” przester
zawładnęły moim sercem. Zaopatrzyłem się w świętego Graala metalowców i
przez jakiś czas utrzymywałem się w przekonaniu, że to kwintesencja
dobrego brzmienia. Stan błogiej nieświadomości trwał do momentu, w
którym wymieniłem wzmacniacz na lampowy i po raz pierwszy znalazłem się
w sytuacji, kiedy przester w kostce delikatnie mówiąc nie poprawiał
brzmienia. MT2 szybko sprzedałem i podejrzewam, że uszczęśliwił do
dzisiaj niejednego metalowca. Tak wyglądał mój pierwszy romans ze
stompboxami, których do dnia dzisiejszego ograłem całkiem sporo. O
istnieniu Line 6 oczywiście w tamtych czasach nie miałem pojęcia, aż do
momentu kiedy pojawił się pierwszy Pod.

Line 6 to firma, która z jednej strony nieustannie
eksploruje nowe dla siebie regiony, z drugiej pozostaje wierna swojej
koncepcji cyfrowego modelowania gitarowego sprzętu i trzeba przyznać,
że jest w tym dobra. W ciągu paru lat istnienia na jej koncie pojawiły
się imponujące osiągnięcia, o których wielu większych i starszych na
rynku mogłoby pomarzyć, z fasolkową rewolucją w nagrywaniu gitary na
czele. Nie ma w tym nic dziwnego, że po stworzeniu wzmacniaczy,
symulatorów wzmacniaczy, cyfrowych gitar elektrycznych i akustycznych,
gitarowego interfejsu do komputera przyszła pora na wypuszczenie
własnych stompboxów, oczywiście cyfrowych. Tym razem Line 6 miało
jednak ciężki orzech do zgryzienia. W przeciwieństwie do poprzednich
produktów, które były propozycjami na tyle świeżymi, że praktycznie nie
miały konkurencji, z kostkami sprawa ma się inaczej. Rynek stompboxów
jest mocno zdominowany przez niedużą grupę producentów z Rolandem i
Ibanezem na czele i wydawać by się mogło, że efektom dostępnym w
sklepach niczego nie brakuje. Żeby wyrwać swój kawałek tortu,
projektanci z Line 6 musieli zadbać, żeby ich kostki oprócz dobrej
jakości przetwarzania oferowały możliwości niedostępne u konkurencji.
Czy to się udało? Tak od razu nie powiem :).
Do testów otrzymałem 5 kostek Tonecore:
• distortion Uber Metal
• overdrive Crunchtone
• chorus Space Chorus
• kompresor Constrictor
• delay Echo Park
Efekty zapakowane są w estetyczne czarne pudełeczka, w których
znajdziemy oprócz najbardziej oczywistej zawartości, w postaci samej
kostki, instrukcje w języku angielskim i ku mojej radości w polskim (na
szczęście są dystrybutorzy, którzy nie zapominają o swoim ustawowym
obowiązku dodawania instrukcji w języku rodzimym). Wygląd samej kostki
jest dość nowoczesny i odbiega od powszechnie kopiowanych standardów
ustanowionych przez Bossa czy MXR. Jeżeli komuś wydaje się, że ta szara
obudowa jest delikatna, to się grubo myli. Tonecore są metalowe,
ciężkie, wręcz pancerne, co jest nie do przecenienia na scenie, kiedy
nagle z niezrozumiałych przyczyn na nasze efekty skacze ważący 140 kg
perkusista. Pod spodem znajdziemy solidny plaster gumy
uniemożliwiającej ślizganie się kostek po podłodze. Obsługa jest prosta
do bólu i tak ma być, to są stompboxy, nie wyrafinowane efekty
studyjne. Na szczególną uwagę zasługuje rozwiązanie funkcji nabijania
tempa. Pedał efektu ma dwa poziomy depnięcia – depczemy lekko, nabijamy
tap tempo, depczemy mocno i przełączamy efekt. Pomiędzy obydwoma
poziomami jest na tyle wyczuwalna różnica, że trudno się pomylić i na
przykład wyłączyć efekt zamiast zmienić tempo. Ponadto możemy nabijać
tempo również w czasie kiedy efekt jest nieaktywny, a migająca diodka
pokazuje aktualne ustawienie. Takie podejście do tap tempo pozostawia w
tyle rozwiązania znane dotychczas, wymagające dodatkowego przełącznika
nożnego lub przytrzymania przez 4 sekundy pedału zanim cokolwiek
zrobimy.
Niestety nie ma róży bez kolców i jest coś co mi się w konstrukcji
efektów Line 6 wyjątkowo nie podoba, a konkretnie dostęp do baterii.
Żeby podnieść klapkę, należy mocno nacisnąć z obu stron metalowe
przyciski i jeszcze mocniej pociągnąć za pedał. Chodzi to niestety
topornie, a przyciski mają tendencję do zacinania się. Pozostaje mieć
nadzieję, że po jakimś czasie mechanizm się dotrze i będzie działać bez
zarzutu. Na szczęście problem dotyczy wąskiego grona użytkowników,
którzy zdecydują się na korzystanie z baterii, co jest według mnie
bardzo kiepskim pomysłem przy efektach cyfrowych ze względu na spory
pobór prądu – parę godzin i alkaliczna bateria za 10 zł nie żyje.
Kostki można oczywiście (a nawet należy) zasilać również za pomocą
zasilacza o standardowych dla efektów gitarowych parametrów (9V,
stabilizowany, minus w środku). Oczywiście producent poleca stosowanie
swojego dedykowanego zasilacza, Line 6 DC-1. Ja to zalecenie musiałem
zignorować i używałem stabilizowanych zasilaczy firmy Tatarek, które
akurat miałem w domu i nie doświadczyłem żadnych kłopotów z szumami czy
przydźwiękiem, na które czasami skarżą się użytkownicy na różnych
forach.

Od strony brzmieniowej dostajemy stare dobre modelowanie Line 6 znane
choćby ze wzmacniaczy Vetta i Podów. Oczywiście algorytmy zostały
dostosowane do swojego stompboxowego przeznaczenia, ale bazą są
brzmienia znane z innych produktów upakowane w nowe, mniejsze
opakowania. Przy wyłączeniu efektu blok cyfrowy jest omijany, tor
bypassu jest całkowicie analogowy i przeźroczysty brzmieniowo, a przy
samym przełączaniu nie słychać żadnych stuków i zakłóceń.
Jak widać, ogólnie jest nieźle. Pora spojrzeć na efekty przez lupę, zobaczymy czy dalej będzie tak różowo...
Pierwszy w kolejce do prześwietlenia stanął Über Metal
Najczarniejsza ze wszystkich kostek Line 6 oferować ma brzmienia
ciężkie i doprowadzać do ekstazy zwolenników teorii, że kanał czysty
służy wyłącznie do zagrania intra. Siać zniszczenie możemy za pomocą
jednego z trzech trybów - Metal, Pulverize i Insane (który występuje w
produktach Line 6 od dawna, między innymi w Podach i większości
wzmacniaczy, a możemy go słuchać na przykład na płytach zespołu
Meshuggah). W takich efektach ponoć nie można się obyć bez bardzo
rozbudowanej gałkologii.

Oprócz standardowych ustawień głośności, tonów
wysokich, możemy kontrolować tony średnie za pomocą pary gałek – Scoop
i Mid. Mid nie działa tutaj wbrew pozorom jako nasycenie tonów
średnich, a raczej służy do ustawienia częstotliwości środka, którą
chcemy wyciąć gałką Scoop, lub ewentualnie lekko podbić (skręcając
“łychę” na minimum). To rozwiązanie jest w ostatnich latach bardzo
modne i ma wielu zwolenników, do których ja niestety się nie zaliczam.
Środek we wzmacniaczu zawsze mocno odkręcam, a na skojarzenie
“scoop=mięcho” dostaję gęsiej skórki. Na szczęście zakresy regulacji są
szerokie i pozwalają uzyskać sporą różnorodność brzmień, w tym takie, w
których środkowe pasmo figuruje w sporych ilościach. Całkiem przydatnym
dodatkiem jest wbudowana bramka szumów, którą wyposażono w dwa poziomy
działania – lekki, dostosowujący się do ustawienia gałki gain i mocny o
szybkim czasie zadziałania, który przydaje się przy graniu rwanych
riffów.
Muszę przyznać, że ta kostka była dla mnie najtrudniejsza do
przetestowania. Od kilku lat nie używałem przesteru w kostce, chyba, że
chciałem lekko dopalić kanał przesterowany wzmacniacza i kiedy
podłączyłem Uber Metala, bynajmniej nie padłem na kolana. Pierwsze co
otrzymałem to piach, silna kompresja i płaskie brzmienie. No i dobra,
napisałem sobie na kartce “kaszana” i zająłem się innymi kostkami.
Jednak leżący w kącie Uber Metal nie dawał mi spokoju i po jakimś
czasie postanowiłem dać mu drugą szansę i pokręcić gałkami aż wykręcę
coś co zabrzmi przyzwoicie. Zanim jednak cokolwiek zrobiłem z Uber
Metalem, odświeżyłem sobie płyty metalowych zespołów, które cenię
(między innymi Testament, Annihilator, Death i Exodus) szczególną uwagę
zwracając na brzmienie gitary. Po tej sesji odsłuchowej podłączyłem
efekt ponownie, trochę pokręciłem i... Eureka!
Okazało się, że przy odrobinie cierpliwości można przełamać tendencję
do “siarowatości” i ukręcić z tego efektu całkiem sporo - od brzmienia
typowego dla innych metalowych stompboxów, po nowoczesny i gęsty
hi-gain. Najbardziej przypadł mi do gustu tryb Pulverize, być może
dlatego, że najbardziej przypominał mi brzmienie lampowego wzmacniacza.
Moje uczucia względem Uber Metala pozostały mieszane. Dobry lampowy
wzmacniacz higainowy zabrzmi o niebo lepiej niż efekt Line6 – na tle
H&K Triampa, Mesy DR, Hellstone'a, Peaveya 5150 “Nadmetal” wypada
blado. Jeżeli jednak brać pod uwagę ceny tych urządzeń, to porównanie
kostki Line 6 do prawdziwych wzmacniaczy nie ma żadnego sensu – to
przecież zupełnie inna klasa sprzętu. Za to jeśli ktoś chce
“umetalowić” tańsze wzmacniacze lub te bardziej vintydżowe, to nie ma
na rynku lepszej kostki do tego zastosowania, a już na pewno nie na tej
półce cenowej. Ta kosteczka ze wzmaka za 1500 złotych zrobi dwukrotnie
droższego potwora ;)
Oto kilka przykładowych brzmień UberMetala pod palcami Wojtka Hoffmanna.
UberMetal - demo
A oto próbki nagrane przeze mnie:
UberMetal 1
UberMetal 2
UberMetal 3
|