|
Nieprawdopodobny rozwój i przystępność komputerowych systemów
muzycznych zainicjował rozkwit nie tylko w ofercie rynkowej producentów
kart dźwiękowych i oprogramowania. Niezbędnym składnikiem każdego
studia są studyjne monitory odsłuchowe. Zaczęły się więc pojawiać jak
grzyby po deszczu...
Robert Bart
Zasadniczym zadaniem monitorów studyjnych jest możliwie wierne
odtwarzanie dźwięku - bez zbędnych podbić czy zakolorowań. W klasie
monitorów bliskiego pola do niedawna obowiązywał jeden standard -
Yamaha NS10M, choć paradoksal;nie z liniowością te monitory mają
niewiele wspólnego ;) Ten niepisany standard miał i głębszy sens.
Obojętnie, w jakim studiu byśmy się znaleźli, to wiadomo było „jak”
słuchać nagrywanego i miksowanego materiału. I nie chodzi o to, że
charakterystycznie wyglądajęce „jamaszki” z „białym” głośnikiem
średnio-niskotonowym były DOSKONAŁE brzmieniowo - nie. Miały (i nadal
mają) ograniczenia zwłaszcza w dolnym paśmie dźwięku, którego po
prostu... nie przenoszą. O to przecież chodzi w nagrywaniu dźwięku -
świadomość dźwięku i jego brzmienia, charakteru jest podstawą przy
nagrywaniu i miksowaniu.

Ta specyficzna „równowaga” została zniweczona wraz z pojawieniem się
wielu nowych producentów i dziesiątków nowych modeli. Wielokrotnie owi
producenci zapominali (lub niewystarczająco dbali) o to, aby dźwięk
rekreowany przez monitory studyjne był możliwie wierny, bez
„kolorowania” dźwięku, czynienia go „ładniejszym” (czyt.
przyjemniejszym dla ucha), niż jest w rzeczywistości. Choć Event od
kilku lat ma w ofercie monitory studyjne, to niniejszy test jest dla
mnie pierwszym spotkaniem z tym producentem. Jaką drogę obrał Event?
Najlepszą
z możliwych, ale o tym za chwilę. Zaraz po odebraniu przesyłki
rozpakowałem paczkę (jedną !?!) i wypakowałem monitory. Hmmm - raczej
monitorki ;) Wykonane z mocno sprasowanej płyty MDF obudowy okazały się
jednak dość ciężkie - wszak to monitory aktywne, więc we wnętrzu kryją
wzmacniacz. A nawet dwa - oddzielnie dla głośnika wysokotonowego i
niskotonowego. Zastosowano tradycyjne przetworniki dynamiczne:
- niskotonowy o średnicy 5.25"
- wysokotonowy o średnicy 25 mm, chłodzony cieczą ferrytową.
System akustyczny jest uzupełniony jednym wylotem bass-reflex o średnicy 30 mm.
To, co na wstępie bardzo przypadło mi do gustu, to skuteczna osłona
głośnika wysokotonowego - wszak monitorki będą stały przeważnie w
„domowych” studiach. A niech przyplącze się do domu ciekawski bratanek
wtykający paluchy we wszysko, co zobaczy? Brrrr. Aż strach pomyśleć o
konsekwencjach... Przecież głośnik niskotonowy nie jest zabezpieczony!
Chyba przesunę monitory jeszcze dalej od krawędzi blatu biurka ;)
Kolej na podłączenie monitorów do karty dźwiękowej ;) I tutaj kolejna
niespodzianka, jak najbardziej pozytywna. Zawiedzeni będą jedynie
użytkownicy kart Sound Balster (zabrakło mini-jacka ;). No, ale w końcu
od czego są „przejściówki” lub... lutownica. Poza tym jest wszystko -
symetryczne XLR i jack 1/4" oraz niesymetryczne cinch. Podoba mi się
(choć mam Sound Blastera ;)
Do regulacji wzmocnienia służy niewielkich rozmiarów potencjometr
pozwalający dostosować poziom sygnału wchodzącego do monitorów.
Niestety nie został wyposażony w „zaskoki”, a regulowany jest płynnie.
Nie ma również przełączników do adaptacji brzmienia (lekkie
podbicie/tłumienie góry i dołu w celu skompensowania wpływu
pomieszczenia i ustawienia).
Wiem, że Event TR5 mają ambicje być full-wypas profesjonalne, ale
wygodniejszym rozwiązaniem byłoby usytuować potencjometr z przodu. Pod
warunkiem, że nie chorujemy na „syndrom bratanka”, który jak zobaczy
gałkę, na pewną ją zacznie kręcić... Więc może dobrze się stało?

Po włączeniu zasilania z przodu, pod głośnikiem niskotonowym zapala się
dioda - niestety w kompletnie nie-sexownym kolorze zielonym. Szkoda.
Ale, skoncentrujmy się na pracy ;)
Monitory zagrały. Zagrały wyrównanym (!) pasmem, z nieznacznie tylko
podbitym średnio-górnym pasmem. Ale to lepiej, zwłaszcza jesli
posiadamy „jako-taki” mikrofon. Takie „nastrojenie” monitorów owocuje
lepszą selektywnością brzmienia wokalu, ale również blach perkusyjnych.
Kontynuując testy odsłuchowe polegające na razie na odtwarzaniu
ulubionych utworów zacząłem w pewnym momencie szukać... basu. I owszem
- jest, ale przyzwyczajony do tzw. zestawu kina domowego... Sami
wiecie, jak to jest ;)
Oto krótki raport czytelności i wierności reprodukcji różnych typów dźwięków w skali od 1 do 10:
- wokal żeński: 8
- wokal męski: 8
- fortepian: 9
- trio jazzowe (fortepian, kontrabas, perkusja): 8; czyli jednak bas jest ;)
- perkusja: 7
- gitara akustyczna: 8
- jazz elektryczny: 7
- organy Hammond: 6 (bas nie wyrabiał)
- orkiestra symfoniczna: 8
Dźwięk jest selektywny, momentami wręcz wybiórczy i dość kierunkowy (to
chyba dobrze ;). Jedyne, do czego można mieć zastrzeżenia, to brak
sub-basu. Wprawdzie bass-reflex jest, ale jego konstrukcja nie została
tak wyżyłowana, jak np. w przypadku monitorów Yamaha MSP5 (do pracy z
nimi trzeba zakładać gogle narciarskie - tak dmucha ;)
Czas na „badania”. Ponieważ testem zostałem niejako zaskoczony, a
dodatkowo okres testu obejmował jeden z kolejnych „długich weekendów” o
umówieniu się w komorze bezechowej na pomiary nie mogło być mowy :(
Trudno - trzeba sobie radzić samemu. No, nie do końca samemu (dzięki,
MB i... jeszcze ktoś ;).
Podając do TR5 sygnał z generatora, dźwięk zaczyna się wydobywać z
testowanych monitorów od częstotliwości ok. 45 Hz (może nieco mniej).
To by się zgadzało z tym, co podaje producent (od 45 Hz, choć przy
spadku -3 dB od 53 Hz). Ciekawostką jest, że przy dość dużym poziomie
sygnału testowego pojawia się... furkot wydobywający się z otworu
bass-reflex. Wprawdzie z innych monitorów z bass-reflex podobny odbłos
również się wydobywa, jednak TR5 bije pod tym względem rekordy.
Podawany sygnał testowy wędruje sobie w miarę płynnie, by przy zakresie
2 kHz - 5 kHz być nieco głośniejszym. Warto zaznaczyć, że podział pasma
pomiędzy głośnikami jest przeprowadzony za pomocą filtrów o nachyleniu
6 dB/oct. na wysokości 2.6 kHz. W górze trudno mi ocenić (nie jestem
nietoperzem ;), ale do jakichś 18 kHz rozpoznawałem wysokość, a później
był już tylko pisk...
Pisk będzie, jak się okaże, jaka jest cena Event TR5. W Polsce, u nowego dystrybutora
mają kosztować nieco ponad 2500 zł - ZA PARĘ. Tańszych monitorów z
prawdziwego zdarzenia nie znam. Więcej - MB pewnie się nie zgodzi, ale
osobiście (to całkowicie subiektywna ocena ;) wolę TR5 od jego MSP5.
Choć i tak w ostatecznym rozrachunku wolę... NS10M - dla mnie nadal
wzór. Co ciekawe, testy porównawcze TR5 + MSP5 + NS10M pokazały
interesującą rzecz - TR5 ma zdecydowanie bliżej do NS10M, niż MSP5.
Fakt faktem, TR5 nie zagra „dyskotekowo”. Przy zgrywaniu muzyki do
filmu z głębokimi efektami basowymi również się nie sprawdzi. Kłopoty
pojawią się również przy „przebasowanej” muzyce technicznej.
Okaże się natomiast interesującą propozycją przy nagrywaniu i
miksowaniu wokalu, wszelkich instrumentów akustycznych, syntezatorów
oraz muzyki tworzonej na syntezatorach programowych VSTi. Choć w
przypadku tych ostatnich należy pamiętać, żeby nie starać się na siłę
uzuskać sub-basu, bo i tak się go nie osiągnie, a miks czy nagranie się
„przebasuje”.
Event TR5 przy swojej charakterystyce brzmieniowej są chyba najlepszymi
monitorami w tej klasie cenowej. Ale nie zapeszajmy, bo mają się
pojawić wkrótce w testach nowe monitory studyjne firmy Roland ;)
Robert Bart
Dystrybutor: Roland Polska |