Targowe wejście, kamień milowy w historii i Celemony DNA
21.03.2008.
ImageTargi, targi i po targach. Człowiek chyba się zauważalnie starzeje, bo w tym roku nogi, stawy i to miejsce gdzie nogi łączą się w jedna całość wyraźnie bardziej bolą niż ostatnio. A może to nie starość tylko siedzący tryb pracy i brak ruchu na co dzień? W każdym razie nic się nie zmieniło - jak co roku te trzy, cztery targowe dni to niezły wycisk dla ciała. Pobudka o szóstej, niezliczone kilometry po frankfurckich halach i na koniec coś miedzy czterema a sześcioma godzinami snu i ... pobudka o szóstej...

Image

Wprawdzie jak wspomniałem to wycisk dla ciała, ale mimo wszystko rozkosz dla duszy i jak co roku okazja do spotkania się z sympatycznymi ludźmi, których zna się tylko wirtualnie z jednej z zaprzyjaźnionych grup dyskusyjnych. To bardzo fajne przeżycie poznać twarz za grupowym nickiem. Najczęściej rzeczywistość odbiega od tego co dyktowała wyobraźnia, ale po chwilowym zaskoczeniu wszystko wraca do normy i jak do tej pory w kilkuletniej już historii pracy dla e-muzyka nigdy nie było żadnej niemiłej niespodzianki - a wręcz przeciwnie. Zawsze miłe i wesołe chłopaki... :-D

Tegoroczne targi to - wprawdzie w niemuzycznym kontekście, ale jednak – kamień milowy w historii. Nowum totalne to całkowity zakaz plenia w halach! Wprawdzie niby nigdy nie można było palić, ale od czasu kiedy rząd (niemiecki) zajął się tym tematem na poważnie, to z wyjątkiem bodajże trzech landów została wprowadzona w życie bardzo rygorystyczna ochrona niepalących. Poskutkowało to miedzy innymi tym, że właśnie w Hesji (Frankfurt) nie można palić w budynkach publicznych takich jak teatry, kina, muzea, wystawy, czy właśnie targi. Dzięki temu po prostu nie śmierdziało! Dla palaczy były wyznaczone miejsca przed halami. To takie oczywiste, a tak cieszy. I trzeba przyznać, że zarówno zwiedzający jak i wystawcy (z naprawdę pojedynczymi wyjątkami) trzymali się tego zakazu.

Image

Tym razem e-muzyk pobił rekord i stawił się na Musikmesse 2008 w sześcioro. Gdyby nie niefortunny przebieg wydarzeń przed targami, byłoby nas o jednego więcej. Ale niestety, tym razem musiało obyć się bez znanego nam nie tylko tutaj Jacka Hajnrycha (grupowego JH). Nawet załoga "Estrady i Studio" nas nie przebiła personalnie, bo było ich też piecu (nas też pięciu, ale w sumie sześcioro :-)) - należy dodać po raz pierwszy w składzie większym niż jednosobowo-naczelnym. No i reprezentowali 3 tytuły: Estrada i Studio, Live Sound i Gitarzysta (a może 4? bo za chwilę pojawi się kolejny :-)). No ale jak wiadomo nie ilość decyduje.

Image

Ale co na to wszystko miały do zaoferowania targi wobec tak mocnych sił e-muzyka? Jak to wygląda w temacie gitar, czy sprzętu studyjnego wypowiedzą się koledzy. W temacie oprogramowania, przynajmniej w jednym przypadku można już mówić o mega-sensacyjnej rewolucji. Poza tym prawie wszystko przebiega dość małymi kroczkami. Tendencja z lat poprzednich potwierdza się jeszcze mocniej w tym roku - wysyp software'u został drastycznie przyhamowany. Ustrzelenie nowego wirtualnego instrumentu, procesorów sygnału, czy efektów to nie to samo co jeszcze pięć lat temu, gdzie co kilka kroków człowiek potykał się o kolejny egzemplarz softu. O wiele trudniej jeszcze o soft nie tylko nowy w znaczeniu czasowym, ale o nowatorski. Mamuty rynkowe raczej tylko pielęgnują swoją aktualną paletę, a wobec obecnej masy wirtuali na rynku na małych powielaczy utartych konceptów nie ma po prostu już miejsca. Jednak prawie nie oznacza wszystko. Tu i ówdzie można było przeżyć sporą niespodziankę, a w przypadku nowej Melodyne DNA dosłownie szok życiowy - to właśnie wspomniana wyżej rewolucja. Ta mała kuźnia software'owa już przed kilku laty zatroszczyła się o chyba największą wtedy niespodziankę targową. Tym razem udało im się nawet przebić swój pionierski numer. To co nowa Melodyne potrafi uczynić z sygnałem audio jest po prostu niesamowite, co połączone z prostota obsługi daje narzędzie nie z tej planety. Dla tych co o Melodynie jeszcze nigdy nie słyszeli w telegraficznym skrócie – proszę sobie wyobrazić program, który wczytuje plik audio z partią solową instrumentu czy wokalu, ale w odróżnieniu od klasycznego edytora audio nie przedstawia załadowanego materiału w postaci przebiegu fali, lecz w postaci poszczególnych nut. W dużym uogólnieniu: ładujemy audio, a obrabiamy niczym MIDI. Tak wiec manipulacja wysokości poszczególnych nut, ich położenie w czasie jak i czas trwania to po prostu najprostsze zabiegi myszką na ekranie. Krzywo i nierówno zaśpiewane wokale? Żaden problem. W pewnym stopniu Melodyne potrafi naprawić to w pełni automatycznie - bez sztucznie brzmiących przeskoków miedzy nutami i bez słynnego efektu Cher (nie zawsze pożądanego...). Trochę więcej wibrato w głosie? Żaden problem. Brak budżetu na chórek, albo wokal brzmi za cienko a wokalistka już w samolocie i nie ma szans na zdublowanie ścieżki? Żaden problem. Melodyne potrafi z jednej ścieżki wyczarować to co normalnie powstaje przez dublowanie, czyli wielokrotne, realne nagranie tego samego śladu. Oczywiście lekkie wahania w czasie i częstotliwości rozumieją się same przez się - w końcu żaden wokalista nie zaśpiewa dwa razy identycznie. Tercja w górę, w dół, czy dodatkowy głos w oktawie to oczywiście drobnostka. W dodatku, ponieważ Melodyne zna tonacje to sama troszczy się o właściwe dopasowanie. Jakiś mały kwartecik smyczkowy by się przydał, albo rozbudowana sekcje dęta, a w studio jedynie jedne skrzypki tudzież trąbka... A z kasą na muzyków też nie najlepiej? Jak łatwo się domyślić - żaden problem. Znajoma skrzypaczka zagra jedną ścieżkę, a Melodyne zrobi z tego cały kwartecik.

Image

Równie łatwo jest wyczarować z jednego puzonu całą sekcję dętą. Nawet zmiana płci wokalistki (albo oczywiście wokalisty), czy mutacja trąbki do puzonu to żaden problem dla Melodyne. Ale wszystkie te nowatorskie cechy oferowały już wcześniejsze wersje tego genialnego kawałka softu. Mimo to autorom udało się dokonać niemalże niemożliwego - prezentując DNA przeskoczyli po prostu samych siebie. Gdyby targi zaczęły się pierwszego kwietnia, niejeden z pewnością pomyślałby, że nowa Melodyne wzbogacona o DNA to po prostu prima aprilisowy kawał. Jeszcze niedawno coś takiego mogło by egzystować co najwyżej w holywoodzkim scenariuszu i na kinowym ekranie. Cóż zatem kryje się za skrótem DNA? Bynajmniej nie znane pojęcie z biologii. DNA to w tym przypadku Direct Note Access. Wyobraźmy sobie następującą sytuację. Studio. Nagrywamy dość trudną partię gitary. Muzyk już siedzi nad tym kilka godzin. Wprawdzie nie jest źle, ale brakuje jednak w tym charakteru i ducha. W końcu gitarrero dał z siebie wszystko. Jest w tym głębia, jest w tym groove, jest feeling, ale niestety jest też parę potknięć - zarówno tonalnych jak i rytmicznych. No i co teraz robić? Brać ścieżki bez potknięć, ale też „bez jaj”, czy może te zagrane z serca, ale z kilkoma błędami? To przecież nawet w przypadku garażowego zespołu i domowego studyjka nie wchodzi w rachubę, o profesjonalistach nawet nie mówiąc. No więc może dalej męczyć gitarniaka? Jeszcze niedawno pewnie tak by się to skończyło, albo realizator sięgnąłby po wirtualne nożyczki... i spędził nad tym sporo czasu zanim wynik byłby zadowalający.

Image

Dzięki DNA realizator otrzymuje do ręki zupełnie nową alternatywę. Wczytuje po prostu do Molodyne polifoniczną ścieżkę - w tym przypadku naszą gitarę, DNA rozpoznaje poszczególne nuty i przedstawia je w typowy dla Melodyne sposób na ekranie (tudzież na życzenie w postaci klasycznej notacji). Dzięki temu do dyspozycji stoi cały repertuar narzędzi oferowany przez Melodyne. Zmiana wysokości pojedynczych nut w akordach jak również ich timing to po prostu jeden ruch myszką. Ale na tym nie koniec. Na prezentacji programu sam autor poszedł jeszcze krok dalej - załadował do Melodyne gotowy, stereofoniczny miks składający się sekcji rytmicznej, czyli perkusji i basu oraz melodii solowej w postaci saksofonu. Melodyne bez problemu rozłożyło to na poszczególne nuty i prezenter na żywo zmienił melodię solową przesuwając kilka nut lekko zmieniając też timing, przez co kawałek otrzymał zupełnie nowy charakter. I wszystko to do uzyskania wręcz z dziecinną prostotą bez degradacji brzmienia. Oglądając tę prezentację nagle człowiek z osłupienia i wrażenia zaczyna drapać się po głowie i dochodzi do wniosku, że droga do mistycznego już wręcz Korel Sound'a jest nagle jakby znacznie krótsza :-) DNA jednak jeszcze nie jest całkiem gotowe. Producent mówi o jesieni 2008, co w praktyce może oznaczać Musikmesse 2009. Na pewno jest na co czekać!

autor: Marek Twardochlib 

Producent: Celemony
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
OSKAR

 

Logowanie

Zarejestruj się, zyskasz możliwość wzięcia udziału w ankietach z nagrodami!





Nie pamiętam hasła
Konto? Zarejestruj się!
Roland
Music Center Poznań Śródka
Music Store
Interton
APS Monitors
T.Burton
AudioTech
Case-Pack
Arcade Audio RCF
internetowy sklep Perkusje.pl