Targi, targi i po targach. Człowiek
chyba się zauważalnie starzeje, bo w tym roku nogi, stawy i to
miejsce gdzie nogi łączą się w jedna całość wyraźnie bardziej
bolą niż ostatnio. A może to nie starość tylko siedzący tryb
pracy i brak ruchu na co dzień? W każdym razie nic się nie
zmieniło - jak co roku te trzy, cztery targowe dni to niezły wycisk
dla ciała. Pobudka o szóstej, niezliczone kilometry po
frankfurckich halach i na koniec coś miedzy czterema a sześcioma
godzinami snu i ... pobudka o szóstej...

Wprawdzie jak wspomniałem to wycisk
dla ciała, ale mimo wszystko rozkosz dla duszy i jak co roku okazja
do spotkania się z sympatycznymi ludźmi, których zna się
tylko wirtualnie z jednej z zaprzyjaźnionych grup dyskusyjnych. To
bardzo fajne przeżycie poznać twarz za grupowym nickiem.
Najczęściej rzeczywistość odbiega od tego co dyktowała
wyobraźnia, ale po chwilowym zaskoczeniu wszystko wraca do normy i
jak do tej pory w kilkuletniej już historii pracy dla e-muzyka nigdy
nie było żadnej niemiłej niespodzianki - a wręcz przeciwnie.
Zawsze miłe i wesołe chłopaki... :-D
Tegoroczne targi to - wprawdzie w
niemuzycznym kontekście, ale jednak – kamień milowy w historii.
Nowum totalne to całkowity zakaz plenia w halach! Wprawdzie niby
nigdy nie można było palić, ale od czasu kiedy rząd (niemiecki)
zajął się tym tematem na poważnie, to z wyjątkiem bodajże
trzech landów została wprowadzona w życie bardzo
rygorystyczna ochrona niepalących. Poskutkowało to miedzy innymi
tym, że właśnie w Hesji (Frankfurt) nie można palić w budynkach
publicznych takich jak teatry, kina, muzea, wystawy, czy właśnie
targi. Dzięki temu po prostu nie śmierdziało! Dla palaczy były
wyznaczone miejsca przed halami. To takie oczywiste, a tak cieszy. I
trzeba przyznać, że zarówno zwiedzający jak i wystawcy (z
naprawdę pojedynczymi wyjątkami) trzymali się tego zakazu.

Tym razem e-muzyk pobił rekord i
stawił się na Musikmesse 2008 w sześcioro. Gdyby nie niefortunny
przebieg wydarzeń przed targami, byłoby nas o jednego więcej. Ale
niestety, tym razem musiało obyć się bez znanego nam nie tylko
tutaj Jacka Hajnrycha (grupowego JH). Nawet załoga "Estrady i
Studio" nas nie przebiła personalnie, bo było ich też piecu
(nas też pięciu, ale w sumie sześcioro :-)) - należy dodać po
raz pierwszy w składzie większym niż jednosobowo-naczelnym. No i
reprezentowali 3 tytuły: Estrada i Studio, Live Sound i Gitarzysta
(a może 4? bo za chwilę pojawi się kolejny :-)). No ale jak
wiadomo nie ilość decyduje.

Ale co na to wszystko miały do
zaoferowania targi wobec tak mocnych sił e-muzyka? Jak to wygląda w
temacie gitar, czy sprzętu studyjnego wypowiedzą się koledzy. W
temacie oprogramowania, przynajmniej w jednym przypadku można już
mówić o mega-sensacyjnej rewolucji. Poza tym prawie wszystko
przebiega dość małymi kroczkami. Tendencja z lat poprzednich
potwierdza się jeszcze mocniej w tym roku - wysyp software'u został
drastycznie przyhamowany. Ustrzelenie nowego wirtualnego instrumentu,
procesorów sygnału, czy efektów to nie to samo co
jeszcze pięć lat temu, gdzie co kilka kroków człowiek
potykał się o kolejny egzemplarz softu. O wiele trudniej jeszcze o
soft nie tylko nowy w znaczeniu czasowym, ale o nowatorski. Mamuty
rynkowe raczej tylko pielęgnują swoją aktualną paletę, a wobec
obecnej masy wirtuali na rynku na małych powielaczy utartych
konceptów nie ma po prostu już miejsca. Jednak prawie nie
oznacza wszystko. Tu i ówdzie można było przeżyć sporą
niespodziankę, a w przypadku nowej Melodyne DNA dosłownie szok
życiowy - to właśnie wspomniana wyżej rewolucja. Ta mała kuźnia
software'owa już przed kilku laty zatroszczyła się o chyba
największą wtedy niespodziankę targową. Tym razem udało im się
nawet przebić swój pionierski numer. To co nowa Melodyne
potrafi uczynić z sygnałem audio jest po prostu niesamowite, co
połączone z prostota obsługi daje narzędzie nie z tej planety.
Dla tych co o Melodynie jeszcze nigdy nie słyszeli w telegraficznym
skrócie – proszę sobie wyobrazić program, który
wczytuje plik audio z partią solową instrumentu czy wokalu, ale w
odróżnieniu od klasycznego edytora audio nie przedstawia
załadowanego materiału w postaci przebiegu fali, lecz w postaci
poszczególnych nut. W dużym uogólnieniu: ładujemy
audio, a obrabiamy niczym MIDI. Tak wiec manipulacja wysokości
poszczególnych nut, ich położenie w czasie jak i czas
trwania to po prostu najprostsze zabiegi myszką na ekranie. Krzywo i
nierówno zaśpiewane wokale? Żaden problem. W pewnym stopniu
Melodyne potrafi naprawić to w pełni automatycznie - bez sztucznie
brzmiących przeskoków miedzy nutami i bez słynnego efektu
Cher (nie zawsze pożądanego...). Trochę więcej wibrato w głosie?
Żaden problem. Brak budżetu na chórek, albo wokal brzmi za
cienko a wokalistka już w samolocie i nie ma szans na zdublowanie
ścieżki? Żaden problem. Melodyne potrafi z jednej ścieżki
wyczarować to co normalnie powstaje przez dublowanie, czyli
wielokrotne, realne nagranie tego samego śladu. Oczywiście lekkie
wahania w czasie i częstotliwości rozumieją się same przez się -
w końcu żaden wokalista nie zaśpiewa dwa razy identycznie. Tercja
w górę, w dół, czy dodatkowy głos w oktawie to
oczywiście drobnostka. W dodatku, ponieważ Melodyne zna tonacje to
sama troszczy się o właściwe dopasowanie. Jakiś mały kwartecik
smyczkowy by się przydał, albo rozbudowana sekcje dęta, a w studio
jedynie jedne skrzypki tudzież trąbka... A z kasą na muzyków
też nie najlepiej? Jak łatwo się domyślić - żaden problem.
Znajoma skrzypaczka zagra jedną ścieżkę, a Melodyne zrobi z tego
cały kwartecik.

Równie łatwo jest wyczarować z jednego
puzonu całą sekcję dętą. Nawet zmiana płci wokalistki (albo
oczywiście wokalisty), czy mutacja trąbki do puzonu to żaden
problem dla Melodyne. Ale wszystkie te nowatorskie cechy oferowały
już wcześniejsze wersje tego genialnego kawałka softu. Mimo to
autorom udało się dokonać niemalże niemożliwego - prezentując
DNA przeskoczyli po prostu samych siebie. Gdyby targi zaczęły się
pierwszego kwietnia, niejeden z pewnością pomyślałby, że nowa
Melodyne wzbogacona o DNA to po prostu prima aprilisowy kawał.
Jeszcze niedawno coś takiego mogło by egzystować co najwyżej w
holywoodzkim scenariuszu i na kinowym ekranie. Cóż zatem
kryje się za skrótem DNA? Bynajmniej nie znane pojęcie z
biologii. DNA to w tym przypadku Direct Note Access. Wyobraźmy sobie
następującą sytuację. Studio. Nagrywamy dość trudną partię
gitary. Muzyk już siedzi nad tym kilka godzin. Wprawdzie nie jest
źle, ale brakuje jednak w tym charakteru i ducha. W końcu gitarrero
dał z siebie wszystko. Jest w tym głębia, jest w tym groove, jest
feeling, ale niestety jest też parę potknięć - zarówno
tonalnych jak i rytmicznych. No i co teraz robić? Brać ścieżki
bez potknięć, ale też „bez jaj”, czy może te zagrane z serca,
ale z kilkoma błędami? To przecież nawet w przypadku garażowego
zespołu i domowego studyjka nie wchodzi w rachubę, o
profesjonalistach nawet nie mówiąc. No więc może dalej
męczyć gitarniaka? Jeszcze niedawno pewnie tak by się to
skończyło, albo realizator sięgnąłby po wirtualne nożyczki... i
spędził nad tym sporo czasu zanim wynik byłby zadowalający.

Dzięki DNA realizator otrzymuje do ręki zupełnie nową
alternatywę. Wczytuje po prostu do Molodyne polifoniczną ścieżkę
- w tym przypadku naszą gitarę, DNA rozpoznaje poszczególne
nuty i przedstawia je w typowy dla Melodyne sposób na ekranie
(tudzież na życzenie w postaci klasycznej notacji). Dzięki temu do
dyspozycji stoi cały repertuar narzędzi oferowany przez Melodyne.
Zmiana wysokości pojedynczych nut w akordach jak również ich
timing to po prostu jeden ruch myszką. Ale na tym nie koniec. Na
prezentacji programu sam autor poszedł jeszcze krok dalej -
załadował do Melodyne gotowy, stereofoniczny miks składający się
sekcji rytmicznej, czyli perkusji i basu oraz melodii solowej w
postaci saksofonu. Melodyne bez problemu rozłożyło to na
poszczególne nuty i prezenter na żywo zmienił melodię
solową przesuwając kilka nut lekko zmieniając też timing, przez
co kawałek otrzymał zupełnie nowy charakter. I wszystko to do
uzyskania wręcz z dziecinną prostotą bez degradacji brzmienia.
Oglądając tę prezentację nagle człowiek z osłupienia i wrażenia
zaczyna drapać się po głowie i dochodzi do wniosku, że droga do
mistycznego już wręcz Korel Sound'a jest nagle jakby znacznie
krótsza :-) DNA jednak jeszcze nie jest całkiem gotowe.
Producent mówi o jesieni 2008, co w praktyce może oznaczać
Musikmesse 2009. Na pewno jest na co czekać!
autor: Marek Twardochlib
Producent: Celemony |