|
Gdy parę lat temu dwóch
programistów firmy Yamaha, którzy sprawiali wrażenie
jakby od kilku lat nie przebywali na słońcu (a wiec na pewno byli
to programiści :-)), zaprezentowali światu Vocaloida była to
niemała sensacja - wirtualny instrument, który śpiewał
ludzkim głosem.

Wynik tych poczynań był wprawdzie o
lata świetlne lepszy niż popierdywania z Commodore 64 w latach 80.,
ale jednak nie na tyle dobry, żeby przeciętny słuchacz dał się
nabrać. W najlepszym układzie można było to wykorzystać jako
chórki (backing vocals), a i to tylko w pewnym wąskim
zakresie. W tym roku na stoisku firmy zero-g można było przekonać
się, że niedoświetleni programiści Yamahy wartko pracowali nad
udoskonaleniem swojego dzieła, bowiem zero-g w oparciu o technologię
Yamahy, bazując na Vocaloidzie 2 zaprezentowało wirtualna
śpiewaczkę operową - Vocaloid Prima. Każdy z pewnością w tym
momencie oczekuje odpowiedzi na pytanie "i jak, brzmi tak, że
nie można poznać że to maszyna?" Odpowiedz jest następująca
- gdy słyszymy tylko głos bez podkładu, w dodatku na szybko
zrobiony i wiemy co mamy przed sobą, to nie będziemy mieli
większych problemów z rozpoznaniem, że to z maszyny. Ale w
zaprezentowanym gotowym miksie, z dopracowanym i dopieszczonym
wokalem brzmiało to tak dobrze, że żaden przeciętny słuchacz nie
zwietrzyłby podstępu (a ja tam do przeciętnych słuchaczy się nie
zaliczam :-)). Tym bardziej, gdy taki kawałek stanowiłby podkład
pod jakiś obraz albo tło akustyczne np. w kawiarni, czy
restauracji. Zero szans! Słuchając tego demo, wiedząc skąd to
leci, oczy otwierały się po prostu coraz szerzej. Vocaloid Prima
potrafi śpiewać po angielsku, ale można też ją przyuczyć do
innych języków – przy sporo większym nakładzie pracy
niestety. Koszt 120 EURO, czyli niecałe 500 PLN. Więcej informacji
na stronie producenta.
autor: Marek Twardochlib
Producent: Zero-G |